Wspomnienia dotyczące Jaworzyny Śląskiej, które zostały nagrodzone w konkursie „Moje wspomnienie związane z Gminą Jaworzyna Śląska”, w ramach realizowanego przez Samorządowy Ośrodek Kultury i Bibliotekę Publiczna w Jaworzynie Śląskiej projektu „Jaworzyna Śląska. Dawniej i dziś”.

Mój dziadek przyjechał razem z rodziną z Tarnopola na Ukrainie do Jaworzyny Śląskiej, w której zamieszkał. Po skończeniu szkoły zaczął pracę na kolei. Rozpoczął ją jako dyżurny ruchu na stacji w Jaworzynie Śląskiej i pracował na tym stanowisku aż do emerytury. W związku z pracą dziadka na kolei wiąże się wiele zabawnych i interesujących historii. Nie sposób ich wszystkich zapamiętać i opisać. Jedna z takich opowieści zapadła mi głęboko w pamięci. Któregoś razu w wigilijny wieczór podczas pracy mój dziadek znalazł pod kołami pociągu bezdomnego i zbłąkanego szczeniaka. Bez wahania postanowił go przygarnąć. Gdy wrócił do domu, moja mama wraz z rodzeństwem bardzo się ucieszyła z nowego domownika. Natomiast babcia początkowo nie podzielała tego entuzjazmu. Szybko okazało się jednak, że pies potrafi za wszystko się odwdzięczyć. Był to wspaniały prezent pod choinkę dla całej rodziny. Ku uciesze dzieci mojego dziadka w ciągu jego kolejarskiej kariery, historia powtarzała się jeszcze wielokrotnie.
Spędzałem z dziadkiem sporo wolnego czasu. Pomiędzy szkołą, a odrabianiem zadań domowych często jeździliśmy razem na wycieczki rowerowe po Jaworzynie Śląskiej i jej okolicach. Zwiedziliśmy w ten sposób wiele miejsc, które robiły na nas ogromne wrażenie. Na mnie, ponieważ widziałem je po raz pierwszy i na moim dziadku, bo ich widok przypominał mu lata jego młodości. Podczas jednej z licznych przejażdżek wybraliśmy się w stronę pobliskiego lasu. Dziadek chciał pokazać mi miejsce, w którym kiedyś było kąpielisko. Jeśli pamięć mnie nie myli użyl nazwy „stawy Sanssouci”. Opowiadał, że gdy był młody było tam zupełnie inaczej niż jest teraz. Życie tętniło, ludzie odpoczywali, pływali. Można było wypożyczyć kajaki, łódki oraz rowery wodne.
Pewnego razu, w piękny, słoneczny poranek wsiedliśmy obaj na rowery i pojechaliśmy do Bagieńca. Miałem zobaczyć tam pałac, który niestety popadł dawno w ruinę. Byłem wtedy bardzo mały. Pamiętam, że dojechanie do tego miejsca sprawiło mi duży trud. Ale opłacało się. Pomimo zmęczenia, pałac zrobił na mnie duże wrażenie. Wydawał się być przeogromny, przypominał mi zamki, które tak często widywałem w różnych filmach i bajkach. Brakowało jedynie krokodyli w fosie i byłoby zupełnie jak na ekranie telewizora.
Dzięki mojemu ukochanemu dziadkowi poznałem historię tego miejsca.
Razem z dziadkiem uwielbialiśmy również długie spacery. Najczęściej przechadzaliśmy się na stadion miejski oglądać mecze i kibicować klubowi MKS Karolina. Zawsze po meczu, w drodze powrotnej do domu słuchałem opowieści dziadka o tym jak kiedyś razem z kolegami przychodził tutaj grać w piłkę.
Dziadek Tadeusz był dla mnie kimś niezwykłym i bardzo ważnym. Kochałem go miłością, którą dyktuje serce, a nie więzy krwi. Mógłbym napisać książkę o tym wszystkim, co dzięki niemu poznałem i zrozumiałem. Wiele bym dał, żeby móc zobaczyć go jeszcze raz żywego i posłuchać jednej z jego opowieści. Co było tak niezwykłego w tym 80-letnim staruszku? Był dla mnie tym Mędrcem, Mistrzem i Przewodnikiem, którego w baśni zawsze spotyka główny bohater. Ale wielkiej życiowej mądrości nie nauczyły go książki, lecz życie. Pięknie wyciągał wnioski ze swoich błędów, porażek i potężnych ciosów, których los mu nie oszczędził. Wiem, że całym sercem kochał nasze miasto i swoją miłością zaraził i mnie. Smutne, że już nigdy więcej nie odwiedzimy razem naszych wspólnych miejsc.
Skip to content