Przejdź do treści

„Niezawodne Karolinki” i „Kto nie kocha Karolinek”

Zapraszamy do lektury kolejnych dwóch artykułów prasowych o żeńskiej drużynie piłki nożnej „Karolinki” z Jaworzyny Śląskiej. Pierwszy z nich „Niezawodne Karolinki”, autorstwa Jana Engela, a opublikowany w Trybunie Wałbrzyskiej w 1978 r. opowiada o kulisach zdobycia mistrzostwa ligi Polski południowej TKKF. Drugi artykuł zatytułowany „Kto nie kocha Karolinek” (prawdopodobnie także Trybuna Wałbrzyska), opublikowany w późniejszym czasie, ale jeszcze przed przejęciem rozgrywek żeńskich przez PZNZN (1979/80), odpowiada o finale rozgrywek Ligi Centralnej pomiędzy zespołem z Jaworzyny Śląskiej, a „Checzem” z Gdyni. Ciekawe są też wątki poświęcone funkcjonowania zespołu, pracy trenera, Mariana Gabrysiaka i trudom organizacyjnym, związanym z prowadzeniem drużyny.

Niezawodne Karolinki

Nie ma w tym najmniejszej przesady: frekwencja na meczach piłki nożnej jaworzyńskich Karolinek sięga 2 tysięcy widzów. Tę popularność zdobywały Karolinki w ciągu wielu lat. Rosnące umiejętności zawodniczek, atrakcyjne rywalki oraz pozycja drużyny w krajowej i międzynarodowej hierarchii są jedną z przyczyn tego zjawiska.

                Drużyna piłki nożnej kobiet została założona w maju 1975 roku. Już w czerwcu tego roku w rozgrywkach ligowych ówczesnego powiatu świdnickiego zajęła I miejsce, następnie zdobyła mistrzostwo Dolnego Śląska. Jesienią 1975, jako reprezentant Dolnego Śląska, brała udział w rozgrywkach centralnych, zajmując III miejsce za piłkarkami Gdyni i Lublina. W 1976 roku Karolinki zdobyły w rozgrywkach ligowych województwa wałbrzyskiego II miejsce za Bielbawem z Bielawy i odpadły z rozgrywek centralnych. W 1977 roku, również w rozgrywkach ligi wojewódzkiej, drużyna z Jaworzyny Śląskiej zajęła lokatę za dzierżoniowską „Diorą” z minimalna stratą punktów. Rozgrywek centralnych wówczas nie zorganizowano, choć kobieca piłka nożna zaczęła zdobywać sobie trwałe miejsce w polskim sporcie. Sezon 1977 był dla Karolinek udany: rozgrywano coraz więcej meczów towarzyskich w kraju i zagranicą: m. in. 3 razy z Niemkami. Dryżyna krzepła, osiągała coraz wyższą pozycję i coraz więcej kibiców.

                Przełomowym i najbardziej udanym sezonem jest w historii jaworzyńskich Karolinek rok bieżący. Na początku bieżącego roku TKKF woj.. krakowskiego za zgodą władz centralnych powołało ligę Polski południowej, do której zgłoszono drużynę RKS Okęcie z Warszawy, Garbarni z Krakowa, Bystrzycy z Lubina, Radomianki z Radomia, Bielbawu z Bielawy, Czarnych z Sosnowca i Karolinki z ZPS „Karolina” w Jaworzynie Śląskiej. Rozgrywki ligi międzywojewódzkiej rozpoczęły się 2 kwietnia 1978 r. Piękny sukces odniosła tym razem drużyna Karolinek, której zawodniczki zdobyły I miejsce i mistrzostwo ligi Polski południowej TKKF. Znamiennym faktem jest, że Karolinki przegrały tylko jeden mecz wyjazdowy w Warszawie, zremisowały trzy spotkania, a wygrały 8. Ostateczna tabela, po weryfikacji wyników, przedstawia się następująco: 1. ZPS „Karolina” (19 punktów – stosunek bramek 39:6), 2. RKS Garbarnia Kraków (18 pkt., bramki 31:8), 3. RKS Okęcie Warszawa (17 pkt., bramki 29:5), 4. Czarni Sosnowiec (15 pkt., 27:14), 5. Bielbaw Bielawa (7 punktów, bramki 5:32), 6. Bystrzyca Lublin (4 pkt., 3:42) i 7 miejsce TKKF Radom 3 punkty, stosunek bramek 4:35.

                Karolinki występowały podczas ostatnich mistrzostw w następującym składzie: Helena Bąk, Renata Plizga, Mirosława Dolka, Barbara Zielińska, Teresa Selwa, Elżbieta Korzystka, Dorota Długaszek, Krystyna Mostowa, Roma Hofmann, Zofia Mucha, Jadwiga Mamkowska, Lucyna Dawid, Helena Pazdan, Danuta Salamon, Barbara Nurek, Teresa Sobol. Trenerami zespołu są: Tadeusz Bardziński i Eugeniusz Ciura. Najwięcej bramek dla Karolinek zdobyły Lucyna Dawid (11), Halina Pazdan (8), Renata Plizga (7) i Danuta Salamon (6).

                Słów kilka o kierowniku i założycielu drużyny. Jest nim znany działacz sportowy i TKKF Marian Gabrysiak. Jego zaangażowanie społeczne, umiłowanie piłki nożnej, talent organizacyjny przyczyniają się do stwarzania klimatu pracy drużynie, która staje się dumą nie tylko ZPS „Karolina” i całej Jaworzyny Śląskiej: coraz bardziej troszczy się o jej rozwój „Cerpol” i wojewódzkie władze sportowe. Potrafił wokół siebie skupić innych działaczy społecznych, że wymienię tylko St. Kotowa, J. Bąkowskiego, Z. Horotko, K. Sawicką. Godzi się tez dodać, że opieka ze strony Rady Zakładowej, dyrekcji i POP zakładu „Karolina” tworzy dobre warunki dla działalności drużyny.

                Karolinki czeka już za kilka tygodni najtrudniejszy egzamin. W dniach 2 i 3 września br., w czasie Święta „Trybuny Ludu” w Warszawie rozegrane zostaną finały mistrzostw Polski w piłce nożnej. Nasze mistrzynie jadą do Warszawy z dużymi szansami na zajęcie czołowego miejsca. Ambicji im nie brakuje, umiejętności też, więc można na nie liczyć. Tanio skóry na pewno nie sprzedadzą. A zdają sobie przy tym sprawę, że sukcesy ogólnopolskie sportowi wałbrzyskiemu bardzo by się przydały. Dla osłody kibicom choćby za niepowodzenia w piłce nożnej mężczyzn.

JAN ENGEL


Kto nie kocha Karolinek

Na ten mecz przyszło niemal tyle ludzi, co na spotkanie olimpijskich reprezentacji Polski i Węgier. A przecież Jaworzyna jest z górą sto razy mniejsza od Wrocławia. Tyle tylko, że tu się grało serio i niemal wszystko. Zwycięstwo nad mistrzem kraju „Checzem” z Gdyni gwarantowało „Karolinkom” drugie miejsce w Lidze Centralnej. Dzięki dwu znakomitym „wolnym” egzekwowanym – niemal w stylu Maculewicza i Gorgonia – przez oznaczoną numerem 3 Renatę Plizgę, ale także ambitnej postawie całego zespołu, „nasze” wygrały 3:2. Był to mecz najprawdziwszy, tylko trochę jakby w stylu retro. Tempo mniej żwawe, ale za to zadziorność i walka do ostatniego gwizdka. Nikt ie myślał o murowaniu bramki, o utrzymaniu korzystnego wyniku, jak za dawnych lat sensem gry było strzelenie maksymalnej ilości goli. Był to mecz najprawdziwszy, bo mająca zupełnie niezłe pojęcie o dryblingu, choć fakt ten przesadnie demonstrująca, Roma Hofman już w pierwszej połowie została brutalnie „skoszona”, co odebrało jej trochę chęci do gry. Był to mecz w stylu retro, gdyż nawet na arbitra – a „podpadł” i gospodyniom, bo nie odgwizdał karnego za „rękę” w obrębie szesnastki, i przyjezdnym, które nie bez racji mniemały, że sędziowanie jest jednak „gospodarskie” – krzyczano, by nie obrazić dziewczęcych uszu, po prostu „kalosz”.

                Jako się rzekło, „Karolinki” zapewniły sobie praktycznie wicemistrzowski tytuł, bo z Sosnowcem u siebie wygrać powinny bez kłopotów. Fama zaś głosi, że od przyszłego sezonu kobiecą piłką zaopiekuje się PZPN, przejmując tym samym pałeczkę od TKKF-u. A to podniesie status „kopanej” w dziewczęcym wydaniu. Pono powstać mają dwie grupy, a w południowej one byłyby faworytkami.

                Byłyby, bo dziś nikt jeszcze nie wie jakie będą dalsze losy sympatycznych „Karolinek”. Ich „coach” – przepraszam za angloamerykański termin, ale najlepiej chyba oddaje on charakter działalności Mariana Gabrysiaka – ma już wszystkiego dosyć. „Wszystkiego” znaczy w tym wypadku chandryczenia się o sprawy najbardziej elementarne. Niemal o każdy kubek gorącej herbaty, a już na pewno o autobus na każdy mecz wyjazdowy i inne przyziemne sprawy „życiowe”. Nie bez racji mówi się wprawdzie, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale chętnych do owych zastępstw także w nadmiarze nie ma. Gabrysiak często pozostawiany jest samosam.

                Przed meczem pogaworzyłem trochę z dziewczętami. Zrazu, nie rozpieszczane przez prasę, były nieco speszone. Kiedy jednak „kapitanka” Danuta Salamon już zaczęła, rozgadały się i one. Teoretycznie jest ich dwadzieścia, ale ciągle ktoś odpada. Często miewają trudności ze skompletowaniem „paki”. Dzisiaj na przykład: bramkarkę kontuzjowano w Krakowie, rezerwowa nie mogła przyjść z innych powodów, między słupkami stanie więc z konieczności zawodniczka z pola, skrzydłowa zresztą, co naturalnie osłabi siłę uderzeniową ataku.

                Dlaczego uganiają się za piłką zamiast zająć się jakimś bardziej „kobiecym sportem”, na przykład gimnastyka artystyczną? Bo „kopaną” lubią, bo mogą wybiegać się na świeżym powietrzu. Dlaczego się wobec tego wykruszają? Niech spojrzę wokół, wszakże siedzę z nimi w ciemnej komórce zastępującej szatnię. A jeśli tego mało, to czy wiem, że po treningu nie mają się nawet gdzie umyć. Po meczu, ale to już ukłon w stronę gości, korzystają z łaźni zakładowej, ale po treningu spocone i brudne wędrują do domów, gdzie nie zawsze i nie wszędzie czeka na nie gorąca kąpiel. A czy wiem, że zdarza się, iż z meczów wyjazdowych wracają i o trzeciej po północy, a już o szóstej stanąć muszą przy warsztacie pracy. A czy wiem, że do Krakowa wyjechać miały o 13, a wyruszyły w sześć godzin później, bo jeden z autobusów zakładowych nie wrócił z Wrocławia, a drugi obsługiwał wesele. Zdenerwowane, zmęczone, niewyspane wyszły na boisko. Do przerwy było 2:0 i wynik by obroniły, chociaż sędzia gwizdał w jedną stronę, ale po prostu nie wytrzymały kondycyjnie. A czy wiem, że nawet ta trójka zatrudniona w macierzystej  „Karolinie” musi pracować na trzy  zmiany, więc na treningi brak czasu. A czy wiem ,że uczennice – bo są i takie w drużynie – w pomeczowe poniedziałki odpytywane są szczególnie surowo. A czy wiem…. A czy wiem…. A czy wiem… A w ogóle niech wiem, że jeśli odejdzie pan Gabrysiak, chyba skończy się i kobieca piłka w Jaworzynie. Bo to jest wspaniały człowiek i one sobie bez niego życia w sporcie wyobrazić nie mogą…

                „Karolinki” nie są klubem zakładowym. Kopią tu piłkę i dziewczyny z sąsiedzkiego Żarowa i znacznie bardziej odległego Dzierżoniowa, kopią i jaworzyńskie kolejarki. Patronuje dziewczętom rada Zakładowa ZPS „Karolina”, ale sama rada tez niewiele może… Dlatego upraszam PT Jaworzyńskich Dyrektorów: kochajcie chociaż troszeczkę swoje „Karolinki”. W pełni na to zasługują. Pokochajcie „Karolinki” nie tylko dlatego, że sport w Jaworzynie to tylko biegający z rowerem Mieczysław Cielecki i właśnie one, bo o B-klasowych kopaczach nawet wspominać nie warto. Pokochajcie „Karolinki” już choćby dlatego, że nie wolno niszczyć autentycznego ludzkiego entuzjazmu, zapału i zaangażowania. Entuzjazmu Mariana Gabrysiaka, który z piłką nie miłą przedtem nic wspólnego, ale lubi społecznie działać. Zapału dziewcząt, które nie myślą o apanażach, ale chciałyby, skoro już sławią imię dużej „Karoliny”, podnosić swe sportowe kwalifikacje w znośnych przynajmniej warunkach.

(beb)

Skip to content